Apostoł Modlitwy - John Hyde
PRZEDMOWA
Czasami mówimy o modlitwie jako o przywileju. Możemy
też mówić o modlitwie jako o pewnej
odpowiedzialności. W życiu Johna Hyde'a potrzeba
modlitwy i przywilej modlitwy stanowiły jedno.
John Hyde korzystał z autorytetu Bożego imienia
poprzez swą modlitwę. Pan przemienił jego życie i
sprawił, że miał udział w jego wstawiennictwie, w
jego cierpieniach, jak również w jego
radościach.Boże dzieło na ziemi nie miało w teologii
Johna Hyde'a fatalistycznego wydźwięku. Wiedział, że
ludzie mogą mieć udział w Bożej mocy i inspirować
Boże działanie w życiu tych, którzy potrzebują
zbawienia i uwolnienia. Przez swą modlitwę
wstawienniczą Hyde torował drogę Bożemu dziełu w
zgromadzeniach, kościołach i w życiu poszczególnych
ludzi. Udowodnił, że modlitwa jest siłą
ewangelizacyjną, kiedy w Indiach, poprzez wiarę
zdobywał początkowo jedną duszę dziennie, potem
dwie, następnie cztery. Kiedy wychodził do ludzi i
świadczył im o Chrystusie, jego modlitwy były
wysłuchiwane. Był współpracownikiem Bożym.
Wszyscy zgadzamy się, że Bóg używa swych sług do
różnych zadań. Luter przyniósł posłanie o
usprawiedliwieniu z wiary. Wesley ogłosił łaskę
uświęcenia. Hudson Taylor zachęcił tysiące
chrześcijan, aby ufając Bogu głosili ewangelię. John
Hyde odkrył nowe terytoria w rozległych
przestrzeniach służby modlitewnej. Myślę, że z
przekonaniem możemy uznać Johna Hyde'a za apostoła
modlitwy.
W świetle tego niezwykłego świadectwa warto pamiętać
o dwóch rzeczach. Po pierwsze, Bóg działa w każdym z
nas; w naszych odkupionych osobowościach. Działa w
sposób niepowtarzalny. Jak powiedział apostoł Paweł:
"Różne są sposoby działania, lecz ten sam Bóg, który
sprawia wszystko we wszystkich". Bóg nie daje
wszystkim takiej samej służby, jaką wyznaczył dla
John Hyde'a.
Ponadto, jeśli Duch Święty sprawuje kontrolę nad
naszym życiem, poprowadzi nas do naszego skutecznego
życia modlitewnego, nie kopiując życia Johna Hyde'a.
On uczy nas wszystkich modlitwy. Nie wiem, jaki
wpływ wywrze na was ta książka. Mnie uświadomiła
ona, że istnieją jeszcze wielkie przestrzenie
duchowe, które mamy objąć w posiadanie. Możemy tylko
prosić Boga, aby nauczył nas rozpoznawać głos Ducha
Świętego, który wzywa nas do modlitwy.
H.J. Brokke
MODLĄCY SIĘ HYDE
Chrystus w domu
JOHN HYDE, apostoł modlitwy - jak go często nazywamy
- wyrastał w domu, w którym Jezus był stałym
gościem, a rodzina oddychała życiem modlitwy. Dobrze
znałem ojca Johna, Smitha Harrisona Hyde'a, który
przez siedemnaście lat pełnił obowiązki pastora
Kościoła Prezbiteriańskiego w Carthage, w stanie
Illinois. Dr Herrick Johnson z Chicago, na krótko
przed swą śmiercią, napisał o nim te słowa: "Ojciec
Hyde'a był rzadkim przykładem zrównoważonego
połączenia zdrowej duszy, pogody ducha i męskości,
pewności przekonań, dobrego wykształcenia,
entuzjazmu i uporu w czynieniu dla Boga wszystkiego,
co leżało w jego mocy". Znałem osobiście dr. Hyde'a
jako uprzejmego, kochającego męża. Znałem go jako
stanowczego, lecz wyrozumiałego ojca. Znałem
łagodną, delikatną, kochającą muzykę, wielbiącą
Chrystusa panią Hyde. Znałem każdego z trzech
chłopców i każdą z trójki dziewcząt, którzy
dorastali w tym domu.
Często zasiadałem z nimi przy wspólnym stole.
Dwukrotnie towarzyszyłem tej rodzinie, gdy zawitała
do nich żałoba. Raz gdy odeszła pani Hyde i
ponownie, gdy ciało drogiego Johna zostało
przywiezione do domu i następnie złożone z czułością
na spoczynek na cmentarzu w Moss Ridge. Często
klękałem z nimi do modlitwy. Jako młody kaznodzieja
byłem mocno poruszony, gdy drogi dr Hyde wylewał swe
serce przed Bogiem, modląc się z całą rodziną.
Spotykałem go w kościele i na zgromadzeniach
prezbiteriańskich. Był szlachetnym mężem Bożym.
Dzięki łasce Bożej jego zgromadzenie wzrastało w
Bogu, a on sam przewodził usługującym braciom.
Często słuchałem, jak modlił się do Pana żniwa, aby
posłał robotników na żniwo swoje. Modlił się o to
zarówno z całą rodziną w domu, jak i za kazalnicą.
Nic więc dziwnego, że Bóg powołał jego dwóch synów
do służby ewangelizacyjnej, a jedną z jego córek, na
pewien czas, do aktywnej pracy chrześcijańskiej.
Słyszałem jak pewien kaznodzieja powiedział kiedyś:
"Mój syn nigdy nie pójdzie w moje ślady i nie
zostanie kaznodzieją. Zbyt dobrze wie, jak się
traktuje kaznodziejów". Dr Hyde cenił swą służbę i
cieszył się, przeznaczając swych synów do życia
pełnego trudów i prób. Dlaczego tysiące kościołów w
naszym kraju nie mają dziś pastorów? Dlaczego
miliony ludzi w dalekich krajach wciąż oczekują
ludzkiego głosu, który ogłosi im wieczną ewangelię
Syna Bożego? Czytałem dzisiaj słowa byłego
misjonarza w Indiach, dr. W.B. Andersona, który
pisze, że setki milionów ludzi w Indiach do dzisiaj
nie słyszało o Jezusie Chrystusie. Jeśli rzeczy
nadal będą się tak miały, nie mają oni najmniejszej
szansy o Nim usłyszeć. Miliony innych w Afryce, całe
kraje, żyją w takiej samej nieznajomości Chrystusa.
Dlaczego tak jest? Ponieważ komory modlitwy zostały
opuszczone, modlitwy w rodzinach zaniechane, a te za
kazalnicą stały się formalne i martwe!
John Hyde był odpowiedzią na modlitwę i gdy modlił
się kiedyś w Indiach, Bóg wzbudził dziesiątki
miejscowych pracowników w odpowiedzi na tę modlitwę.
Wielka Głowa Kościoła przewidziała jedną metodę
pozyskiwania robotników. Modlitwę! Święta ziemia W
przybytku Mojżeszowym było jedno pomieszczenie tak
święte, że z tysięcy Izraelitów mógł tam wejść tylko
jeden człowiek. Czynił to tylko jednego dnia z
trzystu sześćdziesięciu pięciu dni w roku. Było to
miejsce najświętsze. Miejsce, w którym John Hyde
spotykał się z Bogiem było ziemią świętą. Te chwile
jego życia są zbyt święte, aby wystawiać je na widok
publiczny. I wzdragam się przed tym. Ale zaglądając
do komory modlitwy Johna, możemy usłyszeć
westchnienia i jęki, zobaczyć łzy spływające po jego
twarzy, ujrzeć jego postać, osłabioną dniami postu i
bezsennymi nocami, wstrząsaną szlochem, gdy woła: "O
Boże, daj mi dusze, inaczej umrę!"
Decyzja
Swą decyzję pójścia na pole misyjne podjął w taki
oto sposób: Jego najstarszy brat, Edmund, przebywał
w seminarium, gdzie przygotowywał się do służby
kaznodziejskiej, a jako student - wolny słuchacz -
także do pracy misyjnej. Podczas pewnych letnich
wakacji Edmund zaangażował się do pracy misyjną w
szkole niedzielnej w Montanie. Nabawił się jednak
gorączki górskiej. Lekarz zalecił mu szybki powrót
do domu w Illinois. Tak więc z biletem kolejowym i
wskazówkami dla konduktorów przypiętymi do klapy
płaszcza, wyruszył w podróż powrotną do domu. Już w
drodze zaczął majaczyć, lecz na miejsce dojechał
bezpiecznie. Po kilku dniach zmarł.
John, który miał właśnie rozpocząć służbę
kaznodziejską, głęboko przeżył śmierć brata. Na polu
misyjnym powstała luka w szeregach; zastanawiał się
więc, czy Bożą wolą dla niego nie jest wypełnienie
tej luki. Decyzję podjął dopiero w następnym roku,
ostatnim roku w seminarium. W pewną sobotę późnym
wieczorem wszedł do pokoju swego kolegi z klasy
prosząc go, aby wyliczył mu wszystkie argumenty za
podjęciem pracy na polu misyjnym. Kolega
odpowiedział, że nie tego rodzaju argumentów
potrzebuje. To, co powinien zrobić, to iść do swego
pokoju, upaść na kolana przed Bogiem i pozostać tak
do chwili rozwiązania tej kwestii. Następnego ranka
w kaplicy John powiedział swemu przyjacielowi, że
sprawa została postanowiona, a jego rozjaśniona
twarz wskazywała wyraźnie, jaka decyzja została
podjęta.
Żegluga i podróż
Wielkie głębiny, potężne przetaczające się fale,
całymi dniami tylko woda, woda i woda. Wypływając z
ukochanej ojczyzny John już uczynił pierwszy krok,
ale wciąż jeszcze nie zapuścił swych korzeni w
nowej. Wszystkie te okoliczności sprzyjały
rozmyślaniom. Dla Johna Hyde'a podróż jesienią 1892
roku była czasem badania swego serca i modlitwy.
Otrzymał wtedy list, do którego nawiązywał później w
swej indyjskiej publikacji: "Mój ojciec miał
przyjaciela, który bardzo pragnął być misjonarzem,
ale nie mógł wyruszyć na pole misyjne. Człowiek ten
napisał do mnie list. Otrzymałem go w kilka godzin
po opuszczeniu portu w Nowym Yorku. Namawiał mnie w
tym liście, abym starał się o chrzest w Duchu
Świętym jako o ważną kwalifikację do pracy misyjnej.
Gdy przeczytałem ten list, podarłem go w gniewie na
strzępy i rzuciłem na biurko. Czy mój przyjaciel
myślał, że nie otrzymałem chrztu Ducha, albo że
zamierzam jechać do Indii, nie będąc weń wyposażony?
Byłem zły. Stopniowo jednak zwyciężał rozsądek. W
końcu pozbierałem list i przeczytałem go ponownie.
Być może potrzebowałem czegoś, czego jeszcze nie
otrzymałem. W rezultacie przez resztę podróży
oddałem się modlitwie o to, abym mógł zostać
napełniony Duchem Świętym i poznać z własnego
doświadczenia, co miał na myśli Jezus, gdy
powiedział: "weźmiecie moc Ducha Świętego, kiedy
zstąpi na was, i będziecie mi świadkami w
Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po
krańce ziemi" Ta modlitwa na statku została w końcu
w cudowny sposób wysłuchana.
Pierwsze lata w Indiach
Początkowo John Hyde nie był wybitnym misjonarzem.
Mówił bardzo wolno. Gdy ktoś skierował do niego
jakieś pytanie, wydawało się, że nie słyszy, lub
jeśli słyszał, zabierało mu dużo czasu sformułowanie
odpowiedzi. Miał lekką wadę słuchu i to (było to
straszne) przeszkadzało mu w opanowaniu języka. Jego
usposobienie było ciche i delikatne. Wydawało się,
że brakuje mu entuzjazmu i gorliwości, które powinny
cechować młodego misjonarza. Miał piękne błękitne
oczy. Zdawały się sięgać do głębi twojej istoty,
zdawało się również, że prześwieca przez nie dusza
proroka. Po przyjeździe do Indii podjął naukę
języka. Początkowo usilnie pracował, potem jednak
zaniechał jej na rzecz studiów biblijnych, za co
został zganiony przez komitet misyjny. Na tę naganę
odpowiedział: "Najpierw to, co najważniejsze".
Argumentował, że przyjechał do Indii, aby nauczać
Biblii i musi najpierw ją poznać, aby potem móc
nauczać. A Bóg przez swego Ducha w cudowny sposób
otwierał przed nim Pisma. Postanowił nie zaniedbywać
również nauki języka. Nauczył się poprawnie i
swobodnie posługiwać językami Urdu i Punjabi;
przemawiał także po angielsku. Najważniejsze jednak
jest to, że nauczył się języka niebios, a nauczył
się go tak dobrze, że audytorium złożone z setek
Hindusów słuchało oczarowane, jak otwierał przed
nimi prawdy Bożego Słowa.
Unia Modlitewna
Każde przebudzenie ma swą stronę boską i ludzką. W
przebudzeniu walijskim ten boski element był
wyraźnie widoczny. Evan Roberts, wyznaczony przez
Boga przywódca, w pewnym sensie wydawał się być
zupełnie biernym narzędziem inspirowanym przez Ducha
Świętego w potężny sposób w czasie spotkań
wieczornych. Nie było tam żadnej organizacji i
bardzo mało zwiastowania - stosunkowo niewielki był
element ludzki. Przebudzenie w Sialkot, które tu
opisujemy, chociaż niewątpliwie pochodziło z nieba,
wydaje się nie tak spontaniczne. Była tu poddana
Bogu organizacja i spora doza wyraźnego planowania
oraz był czas długotrwałej modlitwy. Przebudzenie
poprzedziła działalność Punjab Prayer-Union (unii
modlitewnej - przyp. tłum.).
Zasady unii zostały ujęte w formie pytań, na które
należało odpowiedzieć twierdząco, aby stać się jej
członkiem.
"Czy modlisz się o ożywienie w twoim życiu, w życiu
twoich współpracowników i w Kościele? Czy pragniesz
większej mocy Ducha Świętego w twoim życiu i w pracy
i czy jesteś przekonany, że nie możesz iść dalej bez
posiadania tej mocy? Czy będziesz się modlił o to,
aby nie wstydzić się Jezusa? Czy wierzysz, że
modlitwa jest wspaniałym środkiem do sprowadzenia
duchowego przebudzenia? Czy poświęcisz codziennie
pół godziny, około wczesnego popołudnia, aby się
modlić o to przebudzenie i czy zamierzasz trwać w
modlitwie do czasu aż przebudzenie nadejdzie?"
John Hyde związany był z unią modlitewną od samych
jej początków. Członkowie unii, zgodnie z nakazem
Chrystusa, podnosili swe oczy i widzieli pola
dojrzałe do żniwa. W Biblii czytali niezmienne
obietnice Boże. Wiedzieli, że jedyną metodą
otrzymania duchowego przebudzenia jest modlitwa.
Świadomie, zdecydowanie i desperacko postanowili
używać tej metody aż do czasu, gdy przyniesie ona
spodziewany rezultat. Przebudzenie w Sialkot nie
było kwestią przypadku, ani nieoczekiwanym powiewem
z nieba. Jak pisze Charles Finney: "Przebudzenie nie
jest większym cudem niż zbiór plonów. Przebudzenie
może mieć miejsce w każdej społeczności, w której
bohaterskie dusze przystępują do walki, gotowe
zwyciężyć lub umrzeć - a jeśli trzeba, zwyciężyć i
umrzeć! - Królestwo Niebios doznaje gwałtu i
gwałtownicy je porywają".
Pierwszy zjazd w Sialkot
Jezus miał wielu nieznanych z imienia uczniów. Miał
również Dwunastu, ale wśród nich szczególnie
bliskich mu było trzech: Piotr, Jakub i Jan. Setki
ludzi przybywały do Sialkot i służyły wielką pomocą
swą modlitwą i chwałą. Ale tylko kilku z nich Bóg
uhonorował pozycją liderów. Na serca Johna N. Hyde'a,
Roberta McCheyne Patersona i George'a Turnera
położył ogromny ciężar modlitwy o ten wspaniały
zjazd.
Zrodziła się potrzeba corocznych spotkań
poświęconych modlitwie i studiom biblijnym, których
celem byłoby pogłębianie życia duchowego pracowników
chrześcijańskich, pastorów, nauczycieli i
ewangelistów, zarówno miejscowych, jak i
zagranicznych. Życie kościoła w Punjabie (podobnie
jak w całych Indiach) pozostawało zdecydowanie
poniżej biblijnych standardów. Duch Święty był w tak
małym stopniu uhonorowany w usłudze kościoła, że
tylko niewielka garstka spośród milionów została
zbawiona. Na miejsce tego zjazdu wybrano Sialkot.
Zanim odbył się pierwszy zjazd, Hyde i Paterson
przez cały miesiąc zwlekali z dniem jego otwarcia.
Przez trzydzieści dni i trzydzieści nocy ci Boży
mężowie trwali przed Bogiem w modlitwie. Nic więc
dziwnego, że na tej konferencji objawiła się moc
Ducha. Po dziewięciu dniach do Hyde'a i Patersona
dołączył Turner. Przez dwadzieścia jeden dni i
dwadzieścia jeden nocy ci trzej ludzie modlili się i
chwalili Boga za potężne wylanie jego mocy! Trzy
serca ludzkie, które biły jak jedno, z tęsknotą i
błaganiem wołające i walczące w modlitwie o Kościół
w Indiach i rzesze zgubionych dusz. Trzy odnowione
ludzkie wole, które przez wiarę uchwyciły się, jakby
stalowym uściskiem, wszechmocnej Bożej woli. Trzy
pary warg dotkniętych ogniem, które z głębi
wierzących serc wołały: "Wykona się!"
Czy czytając te słowa, spostrzegasz jak długotrwałe
jest to oczekiwanie, te dni postu i modlitwy, te
noce czuwań i wstawiennictwa, i mówisz: "Jak wielka
jest cena, którą trzeba zapłacić"? W takim razie
wskażę ci dziesiątki i setki pracowników pobudzonych
i przygotowanych do służby dla Chrystusa. Wskażę ci
dosłownie tysiące takich, którzy dzięki modlitwie
weszli do królestwa i powiem ci: "Oto, za co
zapłacono taką cenę!"
Golgota przedstawia przerażającą cenę do zapłacenia.
Ale oto twoja i moja dusza oraz miliony innych,
które już zostały odkupione, jak również miliony
tych, które jeszcze mają być odkupione, zniszczona
ziemia, która powróci do doskonałości ogrodu Eden,
królestwa tego świata wyrwane i uwolnione z ręki
uzurpatora, aby objął w nich władzę prawowity Król.
Gdy to wszystko zobaczymy, czy nie powiemy z
radością: "Oto, co zostało nabyte!"
Jeden z najbliższych przyjaciół Johna Hyde'a w
Indiach pisze o wielkiej zmianie, jaka zaszła w
życiu duchowym Johna podczas tego zjazdu. Pisze, że
chociaż John był misjonarzem i dzieckiem Bożym, gdyż
został zrodzony z Boga, to jednak wciąż jeszcze był
niemowlęciem w Chrystusie. Nigdy nie był zmuszony
oczekiwać w Jerozolimie, aż zostanie przyobleczony
mocą z wysokości. Ale Bóg, w swej miłości, przemówił
do niego i ukazał mu jego wielką potrzebę. Podczas
tej konferencji, w czasie gdy mówił do innych
misjonarzy na temat pracy Ducha Świętego, Bóg
przemówił do jego własnej duszy i otworzył przed nim
boski plan uświęcenia przez wiarę. Bóg dotknął się
go w taki sposób, że otrzymał takie światło z nieba,
iż pod koniec konferencji powiedział: "Nie wolno mi
utracić tej wizji". I nigdy jej nie utracił, a
raczej zyskiwał łaskę za łaską, w miarę jak szedł
posłusznie naprzód, a wizja ta stawała się coraz
jaśniejsza.
Inny misjonarz opowiada o tym, jak John prowadził
studium biblijne na tej konferencji. Podczas tych
dni mówił o długości, szerokości, wysokości i
głębokości miłości Bożej. Ta potężna miłość zdawała
się sięgać poprzez niego do serc ludzkich i
pochwyciwszy je zaczęła je przyciągać bliżej do
Boga. Brat ten pisze: "Pewnej nocy przyszedł do mnie
około wpół do dziesiątej i zaczął rozmawiać ze mną
na temat wartości publicznego świadectwa. Jeszcze
długo po północy toczyliśmy ożywioną dyskusję.
Następnego wieczoru prosiliśmy go, aby prowadził
spotkanie dla mężczyzn, które odbywało się w
rozbitym na zewnątrz namiocie, podczas gdy kobiety
miały własne spotkanie w domu misyjnym.
Gdy nadszedł czas rozpoczęcia spotkania, zasiedliśmy
w namiocie na matach, ale John Hyde - lider
zgromadzenia - nie przychodził. Zaczęliśmy śpiewać i
prześpiewaliśmy kilka pieśni, zanim się pojawił,
mocno spóźniony. Pamiętam, jak usiadł przed nami na
macie i przez dłuższy czas siedział w milczeniu,
mimo iż śpiew już ustał. Wreszcie wstał i powiedział
bardzo cicho: "Bracia nie spałem wcale ostatniej
nocy i nie jadłem nic dzisiaj. Toczyłem wielki spór
z Bogiem. Czułem, że On chce, abym przyszedł tutaj i
złożył przed wami świadectwo tego, co dla mnie
uczynił. Spierałem się z nim, nie chcąc tego
ujawniać. Dziś wieczorem, przed chwilą, otrzymałem
pokój w tej sprawie i postanowiłem go usłuchać, a
teraz przychodzę, aby powiedzieć wam o kilku
rzeczach, których On dla mnie dokonał".
Po tym krótkim stwierdzeniu, powiedział nam w bardzo
spokojny i prosty sposób o swej rozpaczliwej walce
toczonej z grzechem i o tym, jak Bóg dał mu
zwycięstwo. Myślę, że nie mówił dłużej jak
piętnaście minut, po czym usiadł, spuścił na parę
minut głowę i powiedział: "Pomódlmy się przez pewien
czas". Pamiętam, jak to małe zgromadzenie, na sposób
wschodni, upadło na twarze na swych matach, a potem
przez dłuższy czas mężczyźni jeden za drugim
wstawali, aby się modlić; pamiętam, jak wyznawali
swoje grzechy - większość z nas słyszała coś takiego
po raz pierwszy - i jak wołali do Boga o
miłosierdzie i pomoc. Była już późna noc, gdy
zgromadzenie dobiegło końca. Niektórzy z nas
przekonali się, że pod wpływem tego spotkania życie
kilku osób zostało całkowicie
przemienione".Widocznie to przesłanie otworzyło
drzwi ludzkich serc na przyjęcie wielkiego
przebudzenia w kościele w Indiach.
"Serca złamane z powodu grzechu"
Wiosną każdego roku unia modlitewna organizowała swe
doroczne zgromadzenia. Liderzy, przygotowując się do
tego spotkania, spędzali wiele czasu na poście,
modlitwie i nocnych czuwaniach. Gdy wszyscy
uczestnicy byli już na miejscu, spoglądaliśmy na
Boga, oczekując od niego prowadzenia w nadchodzącym
roku. Następnego roku, podczas kolejnego
zgromadzenia, Bóg położył nam na sercach ciężar
świata pogrążonego w grzechu. Mogliśmy mieć w pewnej
mierze udział w cierpieniach Chrystusa. Było to
pełne chwały przygotowanie do konferencji, która
miała odbyć się jesienią. Podczas tej konferencji
John Hyde dniem i nocą trwał w modlitwie w swoim
pokoju, żył jak gdyby na Górze Przemienienia. W jego
umyśle, jak rozkaz Boży, płonęły słowa: "Na twoich
murach, Jeruzalem, postawiłem stróżów: przez cały
dzień i przez całą noc, nigdy nie umilkną. Wy,
którzy wyznajecie Pana, nie milczcie! I nie dajcie
mu spokoju, dopóki nie odbuduje Jeruzalemu i dopóki
nie uczyni go sławnym na ziemi!" ( Iz 62,6-7 ).
Niewątpliwie był posilony boską mocą, bo czyż nie
nakazano nam znosić trudności według mocy Bożej, nie
w naszej własnej słabości, lecz w Jego sile? Nie
ilość, ale jakość słodkiego dziecięcego snu, danego
mu przez Ojca, uzdolniła go jako sługę do trwania w
modlitwie podczas nocnych czuwań. Na jego twarzy
widoczna była obecność samego Chrystusa, który
posilał jego słabe ciało. John Hyde był głównym
mówcą; moc jego słów pochodziła jednak ze
społeczności z Bogiem. Prowadził także poranne
czytania Biblii. Jako temat obrał sobie Ewangelię
Jana 15,26-27: "On złoży świadectwo o mnie, ale i wy
składacie świadectwo o mnie". John rozwinął ten
temat: "Czy Duch Święty jest tym pierwszym za
waszymi kazalnicami, pastorzy? Czy świadomie
wypuszczacie go naprzód, a sami pozostajecie w tyle,
podczas zwiastowania? Nauczyciele, gdy ludzie zadają
wam trudne pytania, czy szukacie pomocy Ducha, jako
świadka całego życia Chrystusowego? On tylko był
świadkiem wcielenia, cudów, śmierci i
zmartwychwstania Chrystusa. A więc jest On jedynym
świadkiem!" Było to przenikające do głębi serca
przesłanie i wielu pochyliło się pod ciężarem mocy
przekonującej o grzechu.
Następnego ranka John Hyde nie mógł prowadzić dalej
nauczania. Prowadzący wstał ze swojego miejsca i
ogłosił, że zgromadzenie jest w rękach Ducha Bożego.
W cudowny sposób świadczył o Chrystusie i jego mocy
oczyszczającej wszystkich pokutujących! Kolejnego
ranka Boży sługa powiedział znowu, że nie ma żadnego
przesłania od Boga. Wszystko wskazywało na to, że
Bóg nie pozwoli z siebie szydzić i że wszyscy musimy
nauczyć się tej lekcji, aby zawsze dawać Duchowi
Świętemu pierwszeństwo za kazalnicą, a dopóki tak
się nie stanie, Bóg nie pośle nowego słowa. Ten
dzień trudno było zapomnieć. Modlitwy były w cudowny
sposób wysłuchiwane! Tej nocy czuwający w sali
modlitewnej byli przepełnieni niewypowiedzianą
radością i witali świt z okrzykami tryumfu. A czemu
nie? Przecież jesteśmy więcej niż zwycięzcami przez
Tego, który nas miłuje.
Pewnego razu Bóg nakazał Johnowi coś zrobić, a on
poszedł i usłuchał, ale wrócił do pokoju, w którym
się modlono, ze łzami wyznając, że niechętnie
usłuchał Boga. "Módlcie się za mnie bracia, abym
uczynił to z radością". Wkrótce po jego wyjściu
dowiedzieliśmy się, że tym razem mógł być posłuszny
w tryumfalny sposób. Wrócił do hallu z wielką
radością i gdy stanął przed ludźmi, wymówił trzy
słowa w języku Urdu i trzy po angielsku, powtarzając
je trzykrotnie: "Ai Asmani Bak", "O Niebiański
Ojcze". Któż zdoła opisać, co wtedy nastąpiło? Było
tak, jak gdyby wielki ocean przetoczył swe fale
przez zgromadzenie. Serca ugięły się przed Boską
obecnością jak leśne drzewa pod potężną nawałnicą.
Ocean Bożej miłości wylał się dzięki posłuszeństwu
jednego człowieka. Serca zostały złamane przed
Panem: wyznawano grzechy ze łzami, które wkrótce
obróciły się w radość, a potem w radosne okrzyki.
Zaprawdę, byliśmy napełnieni młodym winem, młodym
winem z nieba.
Oto zapis przeżyć jednego z misjonarzy: "Godziny
spędzone sam na sam z Bogiem, o których nie wiedział
nikt oprócz Boga, były czymś zwykłym; ale
społeczność z innymi w modlitwie czy uwielbieniu
przez całe godziny, czy mogło to być prawdą? W
chwili wejścia do tej sali, problem był rozwiązany.
Od razu wiedziałeś, że przebywasz w świętej Bożej
obecności, gdzie może istnieć tylko jedna
Rzeczywistość. Zapominałeś o istnieniu innych, z
wyjątkiem chwil, gdy modlitwy i uwielbienie
uświadamiały ci siłę, moc i współczucie tej
społeczności. Godziny oczekiwania na Boga w
społeczności z innymi były cudownym czasem; razem
czekaliśmy, aż Bóg zbada nas i przemówi do nas,
wstawialiśmy się za sobą nawzajem, wspólnie
chwaliliśmy go za to, kim jest, i za jego moc
czyniącą cuda.
Te dziesięć dni było dniami wolności i swobody,
jakich nawet nie wyobrażałem sobie jako możliwych na
ziemi. Z pewnością był to ten rodzaj wolności, do
jakiej wprowadził nas Chrystus. Każdy robił
dokładnie to, do czego czuł przekonanie. Niektórzy
szli wcześnie spać, inni modlili się przez całą noc.
Jedni szli na spotkania, inni do sali, gdzie się
modlono, a jeszcze inni do swoich pokoi. Niektórzy
zanosili prośby, inni uwielbiali. Jedni siedzieli
podczas modlitwy, inni klęczeli, jeszcze inni padali
na twarz przed Bogiem, tak jak Duch Święty im
nakazywał. Nie było żadnej krytyki, żadnego
osądzania tego, co zostało zrobione lub powiedziane.
Każdy był świadom tego, że wszelka powierzchowność
została odrzucona, że każdy znajduje się w
niesamowitej obecności Boga". Ten sam misjonarz
nawiązywał do osoby Johna Hyde'a, pisząc: "Byli
tacy, którzy wiedzieli, że Bóg wybrał ich i posłał
aby byli strażnikami. Niektórzy przez dłuższy czas
żyli tak blisko Jahwe, że słyszeli jego głos i od
niego bezpośrednio odbierali wszelkie polecenia,
nawet w kwestii dotyczącej czasu modlitwy i czuwań
oraz czasu snu. Niektórzy czuwali przez kilka nocy z
rzędu, ponieważ Bóg nakazał im, aby tak czynili i
zabierał z ich oczu sen, aby mogli mieć przywilej i
honor czuwania wraz z nim nad sprawami jego
Królestwa".
Baranek na tronie
Na konferencji, która miała miejsce następnego roku,
w odpowiedzi na modlitwę Bóg złożył na nas przez
Ducha Świętego ciężar troski o zgubione dusze.
Widzieliśmy tę samą "rozpacz", tym razem z powodu
grzechów innych ludzi. Nikt jednak nie odczuwał tego
mocniej niż John Hyde. Bóg pogłębił jego życie
modlitewne. Dostąpił przywileju picia z kielicha
swego Mistrza i mógł być ochrzczony jego chrztem,
drugim chrztem ognia, gdyż mając udział w Jego
cierpieniach, będziemy mogli mieć także udział w
Jego panowaniu, tu i teraz, jako prawdziwi Królowie,
ze względu na innych.
Mniej więcej w tym samym czasie John Hyde miał
pierwsze wizje Chrystusa uwielbionego, jako Baranka
na swym tronie - cierpiał przy tym tak ogromny ból z
powodu jego cierpiącego Ciała na ziemi, jak to
często widzimy w Bożym Słowie. Chrystus jest, jako
Boska Głowa, ośrodkiem nerwowym całego ciała. I
naprawdę żyje dzisiaj, wstawiając się nieustannie za
nami. Modlitwa o innych to jakby tchnienie
niebiańskiego życia naszego Pana. W życiu Johna
Hyde'a było to stale rozwijającą się prawdą. Często
w czasie modlitwy wybuchał płaczem nad grzechami
świata, a szczególnie Bożych dzieci! Ale nawet wtedy
jego łzy zamieniały się w okrzyki uwielbienia,
zgodnie z Bożą obietnicą powtórzoną przez naszego
Pana podczas ostatniej nocy spędzonej z uczniami.
Będziecie zasmuceni, lecz smutek wasz w radość się
obróci. Przykładem tego, jak agonia duszy Johna
wpływała na innych, może być jego córka w
Chrystusie. Na tej samej konferencji była pewna
hinduska dziewczyna, chrześcijanka. Ojciec zmusił
ją, aby zlekceważyła żądania, które stawiał jej
Chrystus. W czasie wspólnej modlitwy wyznała swój
grzech i opowiedziała o tym, jak jej serce było
rozdarte pomiędzy ojcem a Chrystusem. Można było
nieomal zobaczyć, jak jej serce ożywa, gdy moc
miłości Chrystusowej ogarnęła ją. Był to niezwykły
czas. Później poprosiła nas, abyśmy modlili się o
jej ojca. Zaczęliśmy się modlić i nagle spadł na nas
wielki ciężar troski o tę duszę, a sala wypełniła
się szlochem i wołaniem o Tego, którego większość z
nas nawet nigdy nie widziała, ani nie słyszała.
Silni mężczyźni leżeli na twarzach i jęcząc toczyli
śmiertelną walkę o tę duszę. Żadne oko nie pozostało
suche, aż wreszcie Bóg dał nam pewność, że modlitwa
została wysłuchana i z Getsemane przeszliśmy do
radości Pięćdziesiątnicy, mogąc chwalić go za to, że
usłyszał nasze wołanie.
Pewien brat tak pisze o tej konferencji: "Dziękuję
Bogu, że wysłuchał naszych modlitw i wylał Ducha
Łaski i wstawiennictwa na tak wiele swoich dzieci.
Widziałem pewnego brata z Punjabu, wstrząsanego
takim szlochem, jak gdyby jego serce miało pęknąć.
Podszedłem do niego i otoczyłem ramionami mówiąc:
"Krew Jezusa Chrystusa oczyszcza nas od wszelkiego
grzechu". Uśmiech rozjaśnił jego twarz. "Dzięki
Bogu, Sahib - zawołał. Ale jaką straszną miałem
wizję! Tysiące dusz w Indiach porwała ciemna rzeka
grzechu! Są teraz w piekle. Trzeba wyrwać je z
ognia, zanim będzie za późno!" Nigdy nie zapomnę
tego spotkania. Trwało ono całą noc. Był to czas,
gdy Boża moc stała się w taki sposób odczuwalna, w
jaki nie doświadczyłem jej nigdy dotąd. Bóg chce,
aby ci, którzy pragną nieść ciężar dusz milionów
ludzi żyjących bez Boga, poszli wraz z Jezusem do
Getsemane. Chce, abyśmy to uczynili. Błogosławionym
przeżyciem jest odczuwać, że w pewnej mierze możemy
mieć udział w cierpieniach Chrystusa. Wprowadza nas
to we wspaniałą bliskość z Synem Bożym. I nie tylko
to, ale jest to wyznaczona przez Boga droga
sprowadzenia z powrotem zagubionej owcy. Bóg mówi:
"Kto pójdzie i kogo poślę?" Czy ty, który czytasz
teraz te słowa, chcesz podjąć się służby
wstawiennictwa? Jeśli zechcemy oddać się w Boże
ręce, Bóg zechce nas użyć. Jednak pod dwoma
warunkami: posłuszeństwa i czystości. Posłuszeństwo
we wszystkim, nawet w najmniejszych sprawach,
poddawanie naszej woli i przyjmowanie woli Bożej. A
następnym krokiem jest czystość. Bóg chce czystych
naczyń, które mógłby użyć w swej służbie, czystych
kanałów, przez które wylewałby swą łaskę. Chce
czystości w samym centrum każdej duszy i dopóki
naczynie nie będzie czyste, oczyszczone ogniem Ducha
Świętego, dopóty nie będzie mógł go użyć. On pyta
cię teraz, czy pozwolisz mu oczyścić część własnego
życia. Bóg musi mieć naczynie, którego będzie mógł
używać".
Święty śmiech
Następnego lata John spędził wakacje w domu swego
przyjaciela mieszkającego w górskim uzdrowisku. Ów
przyjaciel tak o tym pisze: "Bóg w cudowny sposób
objawił nam osobiście swą miłość przez to, że
przyprowadził do nas Johna Hyde'a. Ja również
musiałem tutaj przyjechać, aby wypełnić swe
obowiązki wobec mieszkających w okolicy Anglików.
Tak więc Hyde i ja mieliśmy razem wspaniały czas.
Były chwile wielkiej walki i czasami myślałem że
Hyde całkowicie się załamie. Ale po nocach modlitwy
i uwielbiania pojawiał się rankiem wypoczęty i
uśmiechnięty. Powołując do tej walki Bóg nauczył nas
wspaniałych rzeczy. W 2 Liście do Tymoteusza 1,8
znajdujemy nakaz: "cierp dla ewangelii, wsparty mocą
Boga". Mamy więc moc Bożą, która zaspokaja naszą
potrzebę. Odkąd Hyde uświadomił to sobie, mówi że
ledwie odczuwa zmęczenie, chociaż nie dosypia od
tygodni. Żaden człowiek nie musi doświadczyć
załamania spowodowanego przeciążeniem, pełniąc
służbę wstawienniczą. Kolejny element mocy: "Radość
Pana jest waszą siłą". Ah G. biedny punjabski brat,
pochodzący z niskiej kasty, został użyty przez Boga,
aby nauczyć nas wszystkich, jak uczynić czas
modlitwy prawdziwym niebem na ziemi, jak nie
dopuścić do tego, aby przyjemność modlitwy, a nawet
bojowania, przemieniła się kiedykolwiek w mozół. Jak
często Ah G. po straszliwym wołaniu wydawał się
przełamywać zastępy zła i wznosić w górę przed
oblicze Ojca! Można było wówczas zobaczyć uśmiech
Boga odbity na jego twarzy. Wtedy wybuchał głośnym
śmiechem w czasie swej modlitwy. Była to radość syna
rozkoszującego się uśmiechem ojca. Bóg nauczył Johna
i mnie, że jego imię jest Bóg Izaaka - śmiechu. Czy
zwróciliście uwagę na obraz nieba zawarty w Księdze
Przypowieści 8,30: "byłam jego rozkoszą dzień w
dzień". Tak miłość Ojca spływała na Syna. Nic
dziwnego, że w takim domu Syn mógł powiedzieć, że
"zawsze radował się przed Nim" [przed Bogiem -
przyp. tłum.]. Radość, śmiech - takie znaczenie ma
słowo "Izaak". Ten święty śmiech zdawał się uwalniać
od napięcia i dawał niebiańskie odświeżenie
bojującym duchom".
Następne lato
Następnego lata John Hyde znowu pojechał do
górskiego uzdrowiska, aby przebywać ze swymi
przyjaciółmi, którzy później pisali: "Jego pokój
mieszczący się na górze był oddzielony od innych
znajdujących się z drugiej strony domu. Tutaj się
zatrzymał po to, by naprawdę wstawiać się za innymi
wraz ze swoim Mistrzem. To wstawiennictwo obfitowało
w wielkie rzeczy, które działy się pośród nas dla
Królestwa Bożego". Dla wszystkich było jasne, że
Johna Hyde'a przygniatała bolesna walka wewnętrzna.
Opuszczał wiele posiłków. Kiedy przychodziłem do
jego pokoju znajdowałem go leżącego i toczącego
jakby śmiertelną walkę albo chodzącego tam i z
powrotem, jak gdyby ogień palił jego wnętrze. I tak
właśnie było. Był to ten ogień, o którym mówił nasz
Pan: "Ogień przyszedłem rzucić na ziemię i jakżebym
pragnął, aby już płonął. Chrztem mam być ochrzczony
i jakże jestem udręczony, aż się to dopełni". John
nie pościł w zwykłym znaczeniu tego słowa, jednak
często gdy prosiłem go, aby zszedł na posiłek,
spoglądał na mnie z uśmiechem i mówił: "Nie jestem
głodny". Nie! Daleko większy głód pochłaniał jego
duszę i tylko modlitwa mogła go zaspokoić. Wobec
tego duchowego głodu fizyczny głód zanikał. Słyszał
głos naszego Pana, mówiący doń: "Zostańcie tutaj i
czuwajcie wraz ze mną". Więc zostawał ze swym Panem,
który dał mu przywilej wejścia wraz z sobą do
Getsemane. Jedna myśl opanowała jego umysł, że nasz
Pan wciąż toczy śmiertelną walkę o dusze ludzkie.
Wielokrotnie cytował fragmenty Starego i Nowego
Testamentu, zwłaszcza odnoszące się do przywileju
"dopełnienia cierpień Chrystusowych". Mówił o
ślubowaniu naszego Pana, ofiarowującego długie
cierpienia swej duszy, dopóki wszyscy, należący do
niego, nie znajdą się w bezpiecznej owczarni.
"Powiadam wam bowiem, iż odtąd nie będę pił z owocu
winorośli, aż przyjdzie Królestwo Boże". "Saulu,
Saulu, dlaczego mnie prześladujesz?" - oto niektóre
z wierszy, których Bóg użył, aby otworzyć jego oczy
na społeczność cierpień Chrystusowych. Były to dni,
gdy przez chmury przebijało często światło
uwielbionego życia, które nasz Pan teraz prowadzi,
objawiając wiele tajemnic bólu rodzenia i
cierpienia. Było to prawdziwe pójście w ślady
Baranka, cierpiącego na ziemi, chociaż teraz
siedział na tronie. John Hyde odkrył, że On wciąż
niesie nasz krzyż - cięższy koniec naszego krzyża,
"gdyż zawsze żyje, aby się wstawiać za nami".
I tak, krok po kroku, został wprowadzony w życie
modlitwy, czuwania i śmiertelnej walki o innych.
Przez cały czas, choć jadł mało, a spał jeszcze
mniej, był promienny i pełen otuchy. Nasze dzieci
zawsze były dla niego wielką radością. Wujek John,
który tak często bawił się z nimi, był zawsze witany
uśmiechem miłości. Jednak teraz nawet maluchy
zdawały się rozumieć, że nie jest to czas na zabawę.
Były w tych dniach w cudowny sposób uległe i ciche w
jego obecności, gdyż jego twarz jaśniała światłem
mówiącym o społeczności z innym światem. A przecież
nie było w nim nic z pustelnika - właściwie ludzie
ciągnęli do niego bardziej niż zwykle i swobodnie
prosili o modlitwy. Zawsze miał czas na rozmowę z
nimi o rzeczach duchowych i z większą niż zwykle
cierpliwością wchodził w ich problemy i
rozczarowania. Nie chcemy mówić szczegółowo o tych
dniach czuwania, modlitwy i postu, kiedy John zdawał
się wchodzić w wielkie wołanie naszego Pana o jego
owce. Obawialiśmy się, że jego biedne, słabe ciało
nie wytrzyma tego napięcia. Jednak przez cały czas
był on w cudowny sposób podtrzymywany! Czasami ta
śmiertelna walka toczyła się w milczeniu, czasami
była wołaniem o miliony ludzi ginących na naszych
oczach; jednak zawsze rozjaśniała ją nadzieja.
Nadzieja pokładana w miłości Bożej - nadzieja
pokładana w Bogu Miłości".
Przy całej głębi tej miłości, która zdawała się
współbrzmieć z miłością jego Pana, były przebłyski,
w czasie których osiągała ona swoje wyżyny - chwile
przeżywania nieba na ziemi, kiedy jego duszę
zalewała pieśń chwały i wchodził w radość swego
Pana. Wtedy wybuchał pieśnią i zawsze były to pieśni
śpiewane nocą. W tych dniach zdawał się nigdy nie
tracić z oczu tysięcy ludzi żyjących w jego regionie
bez Boga i bez nadziei na świecie. Jakie błagania
zanosił za nich ze szlochem - suchym, zdławionym
szlochem, świadczącym, że poruszone były głębie jego
duszy. "Ojcze, daj mi te dusze, albo umrę!" - taka
była waga jego modlitw. Jego własna modlitwa o to,
aby raczej wypalił się niż miał zastygnąć została
już wysłuchana.
Pozwólcie, że wprowadzę tutaj klejnot pochodzący
spod pióra Patersona: "Na czym polegał sekret życia
modlitewnego Johna Hyde'a? Na tym, że było to życie
modlitwy. Kto jest źródłem wszelkiego życia?
Uwielbiony Jezus. Jak mogę dostać to życie od niego?
Tak, jak przyjmuję jego sprawiedliwość. Wiem, że nie
posiadam na własność żadnej sprawiedliwości - tylko
splugawione szaty i przez wiarę przyjmuję dla siebie
Jego sprawiedliwość.
Następuje teraz dwojaki skutek: jeśli chodzi o
naszego Ojca w niebie, to widzi On sprawiedliwość
Chrystusa, w miejscu mojej nieprawości. Jeśli zaś
chodzi o nas, to sprawiedliwość Chrystusa nie tylko
przyobleka nas zewnętrznie, ale wchodzi w głębię
naszej istoty, przez jego Ducha, przyjętego w wierze
- tak jak uczynili to uczniowie (Jn 20,22) - i
sprawiającego w nas uświęcenie. Dlaczego nie miałoby
być tak samo z naszym życiem modlitewnym?
Zapamiętajmy słowo "za". "Chrystus umarł za nas" i
"On zawsze żyje, aby się wstawiać za nami", to
znaczy w nasze miejsce, zamiast nas. A więc wyznaję
moje stale zawodzące modlitwy (nie ośmielę się
nazwać tego życiem) i błagam o jego nigdy nie
zawodzące wstawiennictwo. Wywiera to wpływ na Ojca,
gdyż patrzy On na życie modlitewne Chrystusa w nas i
odpowiada zgodnie z tym. Tak więc odpowiedź daleko
przekracza to, o co możemy prosić lub o czym możemy
myśleć. A drugi rezultat oddziałuje na nas. Życie
modlitewne Chrystusa wchodzi w nas i On modli się w
naszym wnętrzu. Na tym polega modlitwa w Duchu
Świętym. Na tym polega obfitsze życie, które nam Pan
daje. O, co za pokój, jakie pocieszenie! Koniec z
wypracowywaniem życia modlitewnego i z nieustannym
zawodzeniem. Jezus wchodzi do łodzi, ustaje mozół i
znajdujemy się na ziemi, na której mieliśmy się
znaleźć. Musimy jednak stale być przed nim, aby
słyszeć jego głos i pozwolić mu na to, aby modlił
się w nas - pozwolić mu wlewać w nasze dusze obfite
życie wstawiennicze, które oznacza dosłowne
spotykanie się z Bogiem twarzą w twarz - prawdziwą
jedność i społeczność".
Codziennie jedna dusza
Mniej więcej w tym właśnie czasie John Hyde uchwycił
się Boga z bardzo określonym pragnieniem. Chodziło o
zdobycie jednej duszy każdego dnia, nie mniej, nie
duszy zainteresowanej, ale zbawionej, gotowej wyznać
Chrystusa publicznie i przyjąć chrzest w jego
imieniu. Stres i napięcie ustąpiło. Serce Johna
wypełniło się pokojem zupełnej pewności. Każdy, kto
z nim rozmawiał, dostrzegał nowe życie, które się
nigdy nie kończy. John powrócił do swego rejonu z
zaufaniem, które nie doznało rozczarowania.
oznaczało to długie podróże, nocne czuwania na
modlitwie, post, ból i walkę, ale uwieńczeniem było
zawsze zwycięstwo. Cóż z tego, że łzy chłodziły go w
nocy, a susza wyczerpywała za dnia? Jego owce
gromadziły się w owczarni, a Dobry Pasterz widział
bóle jego duszy i był zadowolony. Pod koniec tego
roku zgromadziło się już ponad czterysta osób.
Czy John był zaspokojony? Ależ skąd. Jak mógłby
zadowolić się tym, co nie zadowalało jego Pana? Jak
mógł nasz Pan być zaspokojony, dopóki choć jedna
owca znajdowała się poza owczarnią? Ale John Hyde
poznawał tajemnicę Bożej siły: radość Pana. Ponieważ
jednak im większa zdolność do radości, tym większa
zdolność do odczuwania smutku czy boleści, dlatego
Mąż Boleści mógł powiedzieć: "To wam mówię, aby
radość moja była w was i aby radość wasza była
zupełna". Wydawało się, że John Hyde stale słyszy
głos Dobrego Pasterza mówiący: "Mam jeszcze inne
owce, mam jeszcze inne owce". Niezależnie od tego,
czy zdobywał jedną duszę dziennie, dwie czy cztery,
jego pragnienie nie było zaspokojone i żywił
niesłabnącą gorliwość dla zgubionych dusz.
Oto obraz, jaki ukazuje nam jeden z jego indyjskich
przyjaciół: "Jako osobisty doradca rozpoczynał z
jakimś człowiekiem rozmowę na temat jego zbawienia.
Po pewnym czasie kładł ręce na jego ramionach i
patrzył uważnie w oczy. Wkrótce człowiek ten był już
na kolanach, wyznawał swoje grzechy i szukał
zbawienia. Potem John chrzcił go w wiosce, przy
drodze czy gdziekolwiek indziej. Byłem kiedyś na
jednej z jego konferencji dla chrześcijan. Witał
swych nawróconych, gdy wchodzili do środka, i
ściskał na wschodni sposób, kładąc rękę najpierw na
jednym, a potem na drugim ramieniu. Jego uściski
były bardzo serdeczne, dawał z siebie prawie
wszystko, ściskając chrześcijan, także tych
pochodzących z najniższej kasty". Był to jego mocny
punkt. Miłość odnosiła dla niego zwycięstwa.
Codziennie dwie dusze
Raz jeszcze John Hyde uchwycił się Boga z konkretną
i ważną prośbą. Tym razem chodziło o dwie dusze
każdego dnia. Na tej konferencji Bóg używał go nawet
w jeszcze potężniejszy sposób niż dotąd. Bóg
przemawiał przez swego sługę, Johna Hyde'a.
Wstrzymując oddech, mówimy o najświętszej ze
wszystkich lekcji - o danym nam wglądzie w boskie
serce Chrystusa, złamane za nasze grzechy. Tym
widokiem nie powalił nas wszystkich od razu. Objawił
nam go delikatnie i z miłością, w takiej mierze, w
jakiej byliśmy w stanie to znieść. Czy można
zapomnieć, jak ukazał nam wspaniałe, miłujące serce
Chrystusa, przebite straszliwym smutkiem i bolejące
z powodu nieprawości świata?
Mogliśmy coraz głębiej wchodzić w agonię Bożej
duszy, aż - jak prorok smutku, Jeremiasz -
zobaczyliśmy jego udrękę, pragnienie, aby jego oczy
stały się źródłem łez, aby mógł płakać dzień i noc
nad płochością córki swego ludu. To boskie
pragnienie urzeczywistniło się w Getsemane i na
Golgocie! Mogliśmy widzieć straszliwe cierpienia
Syna Bożego i jeszcze straszliwsze cierpienie Ojca i
Wiecznego Ducha, przez którego Chrystus ofiarował
siebie samego bez zmazy Bogu. Jak możemy wejść w
społeczność jego cierpień? "Proście, a będzie wam
dane, szukajcie, a znajdziecie, kołaczcie, a otworzą
wam". Zwróć uwagę na postęp w narastającym
pragnieniu - wielkie, większe, największe, i
odpowiadającą mu nagrodę, aż - dla ukoronowania tego
wszystkiego - serce Ojca otwiera się przed nami.
Tak, wszystkim bez wyjątku mówimy o naszej radości,
ale tylko niektórym uprzywilejowanym, szczególnie
bliskim naszemu sercu mówimy o naszym smutku! Tak
też jest z miłością Bożą. Właśnie Janowi,
umiłowanemu uczniowi, który spoczywał blisko serca
Mistrza, a potem został pociągnięty jeszcze bliżej,
Jezus objawił straszną, łamiącą mu serce boleść, że
jeden z nich go zdradzi. Im bardziej zbliżamy się do
jego serca, tym większy mamy udział w jego smutkach.
Nie potrzebujemy własnego złamanego serca, ale serca
Bożego. Stajemy się uczestnikami nie naszych
cierpień, ale cierpień Chrystusa. Nie z naszymi
łzami mamy napominać we dnie i w nocy, wszystko to
jest Chrystusa. Społeczność jego cierpień jest dana
darmo do przyjęcia w prostej wierze, niezależnie od
naszych uczuć.
Pod koniec tej konferencji jakieś drogie dziecko
Boże wołało: "Panie, daj mi Twe serce, miłujące
grzeszników, złamane przez ich grzechy. Twe łzy, z
którymi mam napominać dzień i noc, Ale, o Panie,
czuję się taki zimny! Moje serce jest twarde i
martwe. Jestem taki letni!" Jakiś przyjaciel musiał
mu przerwać: "Dlaczego spoglądasz w dół na swoje
biedne "ja", bracie? Oczywiście, że twoje serce jest
zimne i martwe. Ale prosiłeś o złamane serce Jezusa,
o jego miłość, jego ciężar niesiony za grzechy, o
jego łzy. Czy On jest kłamcą? Czy nie dał ci tego, o
co go prosiłeś? W takim razie dlaczego odwracasz
wzrok od jego serca i spoglądasz na własne?"
John często mawiał: "Gdy trzymamy się blisko Jezusa,
On pociąga do siebie ludzkie dusze przez naszą
służbę; jednak to On musi być wywyższony w naszym
życiu. Oznacza to, że musimy być wraz z nim
ukrzyżowani. To nasze "ja", w jakiejś postaci, staje
pomiędzy nami i nim, więc trzeba się z nim
rozprawić, tak jak rozprawiono się z Chrystusem.
"Ja" musi zostać ukrzyżowane. Wtedy Chrystus
naprawdę jest wywyższony w naszym życiu i nie może
zawieść w pociąganiu dusz do siebie samego. Wszystko
to stanowi rezultat bliskiego połączenia i
społeczności, która jest społecznością z nim w jego
cierpieniach!"
Codziennie cztery dusze
Osiemset dusz, które zgromadziło się od
zeszłorocznej konferencji nie satysfakcjonowało
Johna Hyde'a. Bóg rozszerzył jego serce swą
miłością. Jeszcze raz ze świętą desperacją uchwycił
się Boga. Nie pamiętam, ile tygodni to trwało, ale
wszedł z Chrystusem jeszcze głębiej w cień ogrodu
oliwnego! Modlitwa przybrała teraz formę wyznawania
grzechów innych i stawania w miejscu grzeszników,
jak to czyniło wielu proroków w dawnych czasach.
John nosił grzechy innych samotnie wraz ze swym
Panem i Mistrzem. "Jedni drugich ciężary noście, a
tak wypełnicie zakon Chrystusowy". Zgodnie z tym
zakonem powinniśmy oddawać swoje życie za braci. To
właśnie czynił John Hyde. O jakim ciężarze jest mowa
w Liście do Galacjan 6,2? Wyjaśnia nam to poprzedni
wiersz. Chodzi o noszenie grzechów innych. John w
końcu otrzymał pewność w kwestii czterech dusz
zdobywanych każdego dnia. W tym właśnie roku Bóg
używał go na obszarze całych Indii. Pomagał w
przebudzeniach i konferencjach w Kalkucie, Bombaju i
wielu innych większych miastach. Z pewnością był
przygotowany do misji mającej wymiar wieczności.
Nigdy jednak nie był bardziej niezrozumiany i źle
osądzany. Ale i to stanowiło cząstkę społeczności w
cierpieniu Chrystusowym. "Przyszedł do swoich, a
swoi go nie przyjęli". Byliśmy tak uprzywilejowani,
że mogliśmy w ciągu tego roku zauważyć w życiu Johna
Hyde'a pogłębiający się strach przed grzechem,
chociaż był on tylko kiepskim odbiciem straszliwego
bólu spowodowanego grzechem, który w końcu złamał
serce naszego Zbawcy.
Przed tegoroczną konferencją John spędzał długie
noce na modlitwie do Boga. Na jego sercu już od
pięciu lat spoczywał ciężar, który stale narastał i
coraz bardziej go przygniatał. Wgryzał się w jądro
jego duszy! W każdym rysie jego twarzy można było
zobaczyć wypisane długie bezsenne noce i dni
czuwania na modlitwie. Jednak gdy wypowiadał Boże
Słowa do ludzi, robił to z takim ogniem i siłą, że
jego postać wydawała się odmieniona, tak że wielu z
trudem rozpoznawało tego odmienionego człowieka,
którego rysy rozjaśniała chwała Boża. My, którzy
dzieliliśmy coś z tego ciężaru w modlitwie,
wiedzieliśmy, że był to ciężar samego Boga, o którym
mówił do swego Kościoła w Indiach i - tak - do swego
Kościoła na całym świecie.
Wyznawanie grzechów innych pochłaniało serce Johna.
Mniej więcej w tym właśnie czasie nauczył się bardzo
poważnej lekcji - o grzechu polegającym na
wyszukiwaniu win nawet w modlitwie za innych. Był
kiedyś przytłoczony ciężarem modlitwy o pewnego
hinduskiego pastora. Oddalił się więc do swej komory
i myśląc o oziębłości tego pastora, a w konsekwencji
o martwocie jego zboru, zaczął się modlić: "Ojcze,
ty wiesz, jak zimny...". Ale wydało mu się, że ktoś
położył palec na jego wargi. Nie powiedział już ani
słowa i usłyszał jakiś głos mówiący mu do ucha:
"Ten, kto go dotyka, dotyka źrenicy mego oka". John
Hyde zawołał ze smutkiem: "Przebacz mi, Ojcze, że
byłem oskarżycielem mojego brata przed Tobą!"
Zrozumiał, że przed Bogiem musi patrzeć na to, co
dobre. Ale chciał przecież spoglądać na to, co
prawdziwe. Wtedy zobaczył, że "prawdziwe" w tym
wierszu zostało ograniczone do tego, co dobre i
prawdziwe, że grzech Bożych dzieci jest
przemijający, nie stanowi ich prawdziwej natury.
Powinniśmy więc widzieć je takimi, jakimi są w
Chrystusie Jezusie - "pełnymi", gdyż takimi będą,
gdy On dokończy dobrego dzieła, które w nich
rozpoczął. Potem John prosił Ojca, aby pokazał mu
wszystko, co jest godne pochwały ("myślcie o tym...,
co jest cnotą i godne pochwały") w życiu tego
pastora. Przypomniał sobie o wielu rzeczach, za
które mógł serdecznie podziękować Bogu i spędził
swój czas na uwielbieniu! Taka była droga do
zwycięstwa. Rezultat? Wkrótce potem usłyszał, że ów
pastor w tym samym czasie przeżył wielkie ożywienie
ducha i zaczął z ogniem zwiastować Słowo. Bóg
wyznaczył drogę chwały dla przygotowania swej
Oblubienicy i przyobleczenia jej w piękną szatę. W
Księdze Objawienia 19,6-8 czytamy, że to właśnie
chwała prowadzi do chwalebnych skutków. Pamiętam,
jak John mówił mi, że jeśli w tym czasie zdarzył się
dzień, w którym cztery owce nie zostały wprowadzone
do owczarni, to w nocy odczuwał na sercu ciężar,
który przyprawiał go o ból i nie mógł ani jeść ani
spać. Potem w modlitwie prosił Boga, aby pokazał mu,
co było w nim przeszkodą dla otrzymania tego
błogosławieństwa. Nieodmiennie odkrywał, że była to
potrzeba uwielbiania Boga w jego życiu. Ten nakaz,
który został setki razy powtórzony w Bożym Słowie z
pewnością musi być wielkiej wagi! Wyznawał zatem
swój grzech i przyjmował przebaczenie przez krew
Chrystusa. Następnie prosił o ducha uwielbienia, jak
o każdy inny dar Boży. I tak zamieniał swój popiół
na wieniec Chrystusowy, swą żałobę na Chrystusowy
olejek radości, a swego przygnębionego ducha na
strój chwały; a kiedy chwalił Boga, dusze
przychodziły do niego i brakująca liczba była
uzupełniana.
Wkrótce po konferencji w Sialkot John Hyde
poprowadził spotkanie w Kalkucie. Jego przyjaciel z
tego miasta, tak o nim pisze: "Przebywał z nami
prawie dwa tygodnie i przez cały czas miał gorączkę.
Jednak regularnie prowadził zgromadzenia i chociaż
był fizycznie niezdolny do żadnej pracy, jakże Bóg
przez niego przemawiał! W tym czasie ja również
czułem się kiepsko przez kilka dni. Ból w piersiach
sprawiał, że nie mogłem spać przez parę nocy z
rzędu. Właśnie wtedy zauważyłem, co John Hyde robi w
pokoju naprzeciwko. Pokój, w którym ja przebywałem,
był ciemny i mogłem widzieć blask światła
elektrycznego, gdy Hyde zapalał je, wstając z łóżka.
Obserwowałem go, jak robił to o dwunastej, o
drugiej, o czwartej i wreszcie o piątej. Od tego
czasu światło świeciło się aż do świtu. Stąd
wiedziałem, że pomimo swych nocnych czuwań i
choroby, zaczynał dzień o piątej rano.
Nigdy nie zapomnę lekcji, jaką wtedy otrzymałem.
Zawsze starałem się wymówić od nocnych czuwań, gdyż
czułem się zbyt zmęczony w porze kładzenia się do
snu. Czy prosiłem kiedyś Boga o przywilej czekania
na niego w godzinach nocnych? Nie! To sprawiło, że
wołałem o ten przywilej tu i teraz. Ból, który nie
dawał mi spać nocami, zamienił się w radość i chwałę
z powodu tej nowej służby, którą nagle odkryłem -
trzymania straży nocnej wraz z Pańskimi strażnikami.
Wreszcie ból całkiem ustąpił, sen powrócił, ale
ogarnął mnie strach, czy nie straciłem mych godzin
społeczności z Bogiem. Modliłem się: "Obudź mnie
Panie, gdy nadejdzie pora" (zob. Iz 50,4). Najpierw
budziłem się o drugiej, potem o czwartej, z
uderzającą regularnością. O piątej każdego ranka
słyszałem mahometańskiego kapłana w pobliskim
meczecie, wzywającego wiernych na modły dźwięcznym,
melodyjnym głosem. Myśl, że byłem na nogach o
godzinę wcześniej od niego, napełniała mnie
radością.
John Hyde czuł się coraz gorzej, a tymczasem wzywano
go na coroczny zjazd jego Misji. Zaniepokojony,
namówiłem go, aby udał się ze mną do lekarza.
Następnego ranka lekarz powiedział: "Serce jest w
okropnym stanie. Nigdy dotąd nie zetknąłem się z
takim przypadkiem. Zostało przesunięte ze swojej
naturalnej pozycji po stronie lewej na stronę prawą.
Stres i wysiłek sprawiły, że jest w tak złym stanie,
iż jedynie długie miesiące bardzo spokojnego życia
mogłyby przywrócić je do stanu przypominającego
normę. Co pan z sobą zrobił?" Kochany John nie
powiedział ani słowa, uśmiechnął się tylko. Jedynie
my, którzy go znaliśmy, znaliśmy również przyczynę
takiego stanu rzeczy: jego życie wypełnione żarliwą
modlitwą o innych, we dnie i w nocy, modlitwy
zanoszone ze łzami za swych nawróconych, za
współpracowników, za przyjaciół i za kościół w
Indiach".
Dalej ów przyjaciel pisze o tym, jak Bóg nauczył go
żyć życiem modlitewnym, posługując się przykładem
Johna Hyde'a i jak, następnie on sam - podobnie jak
John - został wprowadzony w społeczność cierpień
Chrystusowych; jeszcze głębiej i dalej w tajemnicę
Getsemane, aż i on poznał tłocznię gniewu Bożego
podnoszącego się przeciwko grzechowi. Oto, co
zostało zapisane w życiu i dziele pewnej kobiety,
misjonarki. Przez wiele lat pracowała ciężko na
swoim terenie, ale praca nie przynosiła żadnego
prawdziwego owocu. Zdarzyło się że przeczytała o
życiu modlitewnym Johna Hyde'a i postanowiła
poświęcić najlepsze godziny swego czasu na modlitwę
i czekanie na Boga, oraz badanie jego Słowa i woli.
Postawiła modlitwę na pierwszym miejscu w swym
życiu, nie na drugim jak to było dotąd. Zaczęła żyć
życiem modlitewnym w mocy Bożej. Bóg powiedział do
niej: "Wzywaj mnie, a ukażę ci wielkie i potężne
rzeczy. Nie wzywałaś mnie i dlatego nie mogłaś
oglądać tych rzeczy w swej pracy". Poczuła, że za
wszelką cenę musi poznać Boga i życie modlitwy. Tak
zakończyła się bitwa o jej serce, a ona zyskała
zwycięstwo. Jedną z rzeczy, o które się modliła,
było to, aby Bóg pozwolił jej działać w ukryciu.
Musiała stawić czoła niezrozumieniu, być głuchą i
nie otwierać swych ust we własnej obronie, jeśli
miała być naśladowczynią Baranka. W niecały rok
później napisała jakiś list i, o dziwo, jak wielka
zaszła zmiana! Nowe życie powstawało wszędzie,
pustynia zmieniała się w ogród. Piętnaście osób
zostało ochrzczonych, a w pierwszej połowie
następnego roku sto dwadzieścia pięć osób dorosłych
przyjęło chrzest! Toteż pisała: "Większa część tego
roku minęła mi na walce o wytrwanie w moim
postanowieniu. Zawsze prowadziłam bardzo aktywne
życie, przywykłam do pracy przez cały dzień, a moje
nowe życie wymagało, abym najlepszą część dnia
spędzała na modlitwie i studium biblijnym. Czy
możesz sobie wyobrazić, czym to dla mnie było i czym
bywa czasem i dzisiaj? Słyszeć, jak inni krzątają
się wokół przy pracy, podczas gdy ja siedzę w ciszy
w moim pokoju, jak gdyby bezczynnie.
Wiele razy pragnęłam zająć się ponownie aktywną
pracą wśród ludzi w pośpiechu życia, ale Bóg nie
pozwolił mi odejść. Jego ręka trzymała mnie tak
realnie jak ręka ludzka i wiedziałam, że nie mogę
odejść. Dopiero wczoraj odczułam to znowu i zdawało
mi się, że Bóg mówi do mnie: "Jakiż owoc przyniosły
rzeczy, których dzisiaj się wstydzisz?" Tak,
wiedziałam, że wstydzę się całych lat życia
misjonarskiego niemal zupełnie pozbawionego
modlitwy. Każda dziedzina mojej pracy znajduje się
teraz w lepszym stanie niż kiedykolwiek. Stres i
wysiłek opuściły moje życie. Radość społeczności z
Bogiem z jednej strony, a życie pracy z drugiej
przynoszą mi pokój i odpocznienie. Nie mogłabym
powrócić do mego starego życia i Bogu dzięki, że
nigdy nie będzie to możliwe". Minął kolejny rok i
pisała znowu: "Duch gorliwego błagania wzrasta w
wioskach, a mamy obietnicę, że w przyszłości
powstanie większe poruszenie niż kiedykolwiek dotąd.
Liczba naszych chrześcijan zwiększyła się do
sześciuset, podczas gdy jeszcze dwa lata temu było
ich zaledwie sześciu. Wierzę, że możemy wkrótce
oczekiwać wielkich rzeczy w Indiach. Chwała Mu za
Jego obecność w każdej chwili i za społeczność z
Nim!"
Kiedy byłem chłopcem opodal mego domu rodzinnego
znajdował się staw. Stanąłem kiedyś na jego brzegu i
rzuciłem do wody kamień, a potem obserwowałem coraz
większe kręgi fal rozchodzące się od miejsca, w
którym kamień zanurzył się w wodzie, w końcu cała
powierzchnia stawu była poruszona. Fale podeszły do
brzegu, do samych moich stóp, a każdy mały kanał i
zatoczka były poruszone przez falującą wodę. Sialkot
stało się ośrodkiem kręgów i fal błogosławieństwa,
które nawet teraz uderza w tajniki i głębię wielu
ludzkich serc. Tylko Bóg i zapisujący wszystko anioł
mogą ocenić, jak bardzo całe ciało Chrystusa zostało
poruszone i ubłogosławione przez niezwykłą siłę
modlitwy zrodzoną z Ducha Świętego w sali
modlitewnej w Sialkot. Miejscowi pastorzy,
nauczyciele i ewangeliści powrócili z tej
konferencji do domów z nową życzliwością dla
Chrystusa i wywarli wpływ na tysiące ludzi w swych
miejscach pracy.
Zagraniczni misjonarze uzależnili swoje życie od
wizji Bożych. Listy i zadrukowane strony, jak
chustki i przepaski, które dotykały ciała Pawła,
zostały prawdopodobnie rozesłane do każdego kraju na
ziemi, aby przynieść uzdrowienie ludziom o słabych
sercach, a wskazówki i zachętę tym, którzy pragnęli
wejść w życie modlitwy. Jestem pewien, że dziesiątki
tysięcy narodziło się dla Królestwa z powodu walki
duchowej toczonej w Sialkot. Nieprzeliczone rzesze
powstaną pewnego dnia, aby dziękować Bogu za to, że
dwóch lub trzech ludzi w Północnych Indiach
powiedziało w imieniu Bożym: "Zorganizujmy
konferencję w Sialkot!"
Znowu w Anglii
Następnej wiosny John Hyde, ciężko chory, wyruszył w
podróż do domu. Przyjechał do Indii jesienią 1892
roku, niecałe dwadzieścia lat temu. Były to z
pewnością wspaniałe lata. Po przyjeździe do Anglii
odwiedził kilku przyjaciół w Walii, zamierzając
uczestniczyć później w konferencji w Keswick. Będąc
w Walii, usłyszał, że dr J. Wilbur Chapman i Charles
M. Aleksander w ramach ewangelizacyjnej podróży po
całym świecie organizują spotkanie w Shrewsbury.
Wraz z dwojgiem przyjaciół John udał się na otwarcie
tej kampanii. Po pierwszych trzech dniach jeden z
jego przyjaciół pisał: "Bardzo podobała nam się
usługa, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że istnieje
jakaś wielka przeszkoda, która była w sposób
szczególny odczuwalna na spotkaniach dla
kaznodziejów". "Po tym nabożeństwie zauważyliśmy, że
wielki ciężar spoczął na sercu Johna Hyde'a, a gdy
wyjeżdżaliśmy następnego dnia, pytał nas, czy
moglibyśmy zarezerwować mu pokój w hotelu na
następny tydzień. Tej niedzieli zwiastował Słowo w
innym miejscu, ale zamierzał powrócić do Shrewsbury
w poniedziałek, wcześnie rano, aby podnieść ciężar
modlitwy o tę konferencję. Dla tych, którzy go
znali, było widoczne, że bardzo jest obciążony.
Nieobecny wzrok, słodki, wzruszający, bolesny wyraz
twarzy, brak apetytu, bezsenne noce, wszystko nam o
tym mówiło".
Dr J. Wilbur Chapman pisał później: "Bóg w swej
łaskawości był blisko nas podczas tej długiej
podróży dookoła świata i nauczyliśmy się paru
rzeczy, które przyczyniły się do wzrostu naszej
wiary. Po pierwsze, bardziej niż kiedykolwiek
przedtem wierzymy, że Biblia jest autentycznym
Słowem Bożym. Po drugie, wierzymy jak nigdy dotąd w
modlitwę! Odebrałem kilka wielkich lekcji w związku
z modlitwą. Wiem, że wszystkie wielkie przebudzenia
zostały zrodzone z modlitwy. Na jednym z naszych
spotkań w Anglii liczba słuchaczy była wyjątkowo
mała, widoczne rezultaty wydawały się niemożliwe,
ale otrzymałem wiadomość, że pewien amerykański
misjonarz przyjechał do tego miasta i zamierza
modlić się o Boże błogosławieństwo dla naszej pracy.
Znany był jako "Modlący się Hyde". Prawie
natychmiast wszystko się zmieniło. Hala była
przepełniona, a na moje pierwsze wezwanie
pięćdziesiąt osób przyszło do Jezusa. Gdy
wyjeżdżaliśmy stamtąd, powiedziałem: "Panie Hyde,
chciałbym, aby Pan pomodlił się o mnie". Przyszedł
do mojego pokoju, przekręcił klucz w drzwiach, upadł
na kolana i czekał bez słowa przez około pięć minut.
Mogłem usłyszeć własne serce bijące i tłukące się w
mojej piersi. Czułem gorące łzy spływające mi po
twarzy. Wiedziałem, że jestem z Bogiem. Wtedy
podnosząc w górę zalaną łzami twarz, powiedział: "O,
Boże!" Potem przez pięć minut znowu milczał, a gdy
wiedział już, że rozmawia z Bogiem, otoczył mnie
ramieniem, a z głębi jego serca popłynęło takie
błaganie o ludzi, jakiego nigdy przedtem nie
słyszałem. Kiedy powstałem z kolan, wiedziałem już,
czym jest prawdziwa modlitwa. Wierzymy, że modlitwa
jest potężną siłą, wierzymy w to, jak nigdy dotąd".
Charles M. Aleksander podaje dalsze szczegóły
dotyczące tego spotkania. Zetknęli się z sobą nie
tylko dr Chapman i John Hyde, ale był tam także
Charles Alexander. Wszyscy trzej prawie cały dzień
przebywali z sobą. Potem wezwano innych pracowników
i długi czas spędzono na modlitwie. W następstwie
tego Duch objawił się na kolejnych zgromadzeniach z
taką mocą, że pękły wszystkie bariery, a grzesznicy
wołali o miłosierdzie i wszyscy byli zbawieni. John
Hyde miał pomocnika w swej służbie wstawienniczej w
osobie pana Davisa z Pocket Testament League; obaj,
będąc ludźmi pokrewnego ducha, bardzo się ze sobą
zaprzyjaźnili. Hyde pozostał tam przez cały tydzień,
a potem powrócił do swych przyjaciół w Walii.
Następnego dnia poważnie zachorował i z trudnością
mógł mówić, ale uśmiechnął się i wyszeptał: "Ciężar
Shrewsbury był wielki, ale ciężar mojego Zbawcy
zabrał go do grobu".
Sposób, w jaki John Hyde się modlił, został opisany
przez dr. Chapmana, pauzy pomiędzy prośbami - o
których mowa - opisał również ktoś inny: "Twarzą do
ziemi leży modlący się Hyde. Była to jego ulubiona
pozycja modlitewna. Posłuchajcie! Modli się, zanosi
prośbę a potem czeka przez chwilę, aby ją następnie
powtórzyć, i znowu czeka. I tak wielokrotnie aż
poczuliśmy, że błaganie przeniknęło każdą cząsteczkę
naszej istoty i otrzymaliśmy pewność, że Bóg
wysłuchał modlitwy i odpowie na nią bez wątpienia.
Dobrze pamiętam, jak modlił się o to, aby nasze usta
otworzyły się szeroko i żeby Pan mógł je napełnić
(Ps. 81,10). Myślę że powtarzał słowo "szeroko"
dziesiątki razy z długimi przerwami. "Szeroko,
Panie, szeroko, otwórz szeroko, szeroko". Jakież to
było wrażenie, słyszeć go, jak zwraca się do Boga:
"Ojcze, Ojcze!"
Pewna kobieta pracująca jako misjonarka w Indiach
pisała: "Pamiętam, że podczas jednej z konferencji w
Jubbleport, w czasie południowego spotkania
modlitewnego klęczałam obok niego. Nigdy nie
zapomnę, jak drżał od uczuć, których nie potrafię
opisać i jak wołał w modlitwie: "Jezu - Jezu -
Jezu!" Wydawało się, jak gdybym przeżyła chrzest
miłości i mocy, a moja dusza ukorzyła się w prochu
przed Bogiem".
Wreszcie w domu
"A trudy podróży wydadzą się niczym, Gdy dojdziemy
do końca naszej drogi". Kiedy John Hyde przyjechał
do Nowego Jorku, udał się zaraz do Clifton Spring.
Pragnął pozbyć się ostrego bólu głowy, na który
cierpiał jeszcze przed wyjazdem z Indii. Operacja
wykazała obecność złośliwego guza, zdiagnozowanego
jako mięsak. Po tej operacji wrócił do sił i
odwiedził swą siostrę, żonę prof. E.H. Mansela, w
Northampton. Wkrótce po Nowym Roku zaczął odczuwać
bóle w plecach i w boku. Myślał, że to reumatyzm,
jednak lekarz rozpoznał znowu złośliwy nowotwór.
John Hyde odszedł 17 lutego 1912 roku. Jego ciało
zostało zabrane przez brata Willa i siostrę, Mary, z
powrotem do rodzinnego Carthage w Illinois, a
pogrzeb odbył się w kościele, w którym jego ojciec
był przez siedemnaście lat pastorem. Wielebny J.F.
Young, szkolny kolega Johna, ówczesny pastor
kościoła, wygłosił mowę pogrzebową. Miałem przywilej
uczestniczyć w tym nabożeństwie i stojąc na
podwyższeniu spoglądać na najmilszą twarz Johna,
znaną mi z 1901 roku, kiedy ostatni raz widziałem go
żywego.
Ten dzień, 20 lutego, był pochmurny, zimny i ponury.
W pięknym Moss Ridge złożyliśmy ciało Johna obok
jego ojca, matki i brata Edmunda. Wiem, że chmury i
cienie się rozproszą, chłód i ciemność grobu się
rozwieją, a ten mąż modlitwy i chwały wyjdzie w
podobieństwie do zmartwychwstałego Syna Bożego.
Świętość przed Panem Gdy starannie, z modlitwą
badałem fakty, wypadki i doświadczenia z życia mego
drogiego przyjaciela, odnosiłem wrażenie, że wielką
cechą charakterystyczną Johna była świętość. Nie
chodzi mi tu o gorliwość w modlitwie, gdyż modlitwa
była jego życiową pracą. Nie przywiązuję szczególnej
wagi do zdobywania dusz, gdyż jego moc jako zdobywcy
dusz wiązała się z jego podobieństwem do Chrystusa.
Bóg mówi: "Bez świętości nikt nie ujrzy Pana", a my
- pozostając w zgodzie z Pismem - możemy powiedzieć,
że bez świętości nikt nie będzie wielkim zdobywcą
dusz. Sam John Hyde tak wypowiedział się w tym
przedmiocie: "ja" musi być nie tylko martwe, ale
pogrzebane sprzed naszych oczu, inaczej odór nie
pogrzebanego "ja" odstraszy dusze od Jezusa".
Nie wydaje się, aby John mówił wiele na temat swego
osobistego przeżycia uświęcenia, ale żył życiem
uświęconym. Jego życie było kazaniem. Nie mówił też
wiele na temat modlitwy - modlił się. Jego życie
było świadectwem mocy krwi Jezusowej oczyszczającej
od wszelkiego grzechu. Nie tylko jego słowo było
słowem proroka, ale jego życie zostało uświęcone
przez prawdę. Pewnego dnia jakiś misjonarz rozmawiał
z młodym Hindusem, który poznał Johna Hyde'a. "Czy
pan wie - powiedział ów Hindus - że Pan Hyde
przypomina mi Boga". Nie był daleki od prawdy, gdyż
w pewnym sensie, nie znanym hinduistycznemu
pojmowaniu tego człowieka, John Hyde był wcieleniem
Boga. Cytuję z kartki pocztowej napisanej przez
Johna do siostry, podczas jego pobytu w Clifton
Springs: "Wciąż leżę lub poruszam się w wózku
inwalidzkim; dzięki temu mam możność wspaniałego
odpoczynku i wykonywania służby wstawienniczej, a
także niemało okazji do osobistych kontaktów z
ludźmi".
Jaka świętość promieniowała z każdego słowa i
uczynku Jezusa! Tak, mój drogi, możemy z całą
szczerością i szacunkiem powiedzieć: Jaka świętość
promieniowała z każdego słowa i uczynku Johna Hyde'a.
Krzyk boleści i pieśń chwały
|
|